KRONIKA

KRONIKA 29.08.2015

Książka Gerharda Wintera

<<< Powrót do kroniki
Samsung

Samsung

Moi Drodzy,

Czy pamiętacie Austrię? Donnersbachwald? Wintera?
Dawno temu napisał książkę. O życiu, ekologii. Bogu, polityce, konsumpcji i wielu innych ciekawych rzeczach…….
Książkę tą przetłumaczyłem/ u  tłumaczy/ i zredagowałem. Jestem nią podekscytowany. Tym bardziej że to książka naszego przyjaciela.
Winter z rodziną przyjedzie do Krakowa na pierwszy weekend wrześniowy.
Z tej okazji zaplanowaliśmy promocję jego książki.
W dniu 4 września 2015 , w księgarni Czuły Barbarzyńca w Krakowie przy ul. Brzozowej 15 o godz. 18​
Miło będzie jak kupicie po jednym egzemplarzu i dacie autorowi do podpisania.
Piwo i wino do nabycia w barze księgarni.
Dzieci mile widziane! 
Proszę rozpowszechnijcie tę wesołą wiadomość dalej!
sciskam
Marcin Gajda

d27_resizeWstęp
             ​„Żyjemy u zarania pierwszej globalnej rewolucji na naszej małej planecie, na której zniszczenie wydajemy się niesamowicie zdecydowani”. Taką ocenę aktualnej sytuacji wyraził Klub Rzymski. Wspominanie o planecie jest dość wymijające, wypieramy bowiem ze świadomości fakt, że to właśnie my sami najbardziej to zniszczenie odczujemy. Nie przeżyjemy, jeśli nie zmienimy naszego postępowania. Planeta będzie istniała jeszcze przez długi czas i będzie prawdopodobnie nadal wydawać owoce, podczas gdy my sami znikniemy z jej powierzchni. Powstaje pytanie, jak głęboko zakorzenione jest nasze dążenie do samozagłady? Czy faktycznie jest to zamiar celowy, czy może bardziej lekkomyślność, niewiedza? A może jesteśmy zupełnie świadomi skutków naszego działania, ale zdecydowaliśmy się plądrować naszą planetę jeszcze kilka lat, zamiast się ograniczać i dać szansę na dobre życie naszym dzieciom? Może się przecież okazać, że dopiero nasi praprawnukowie będą musieli ponieść faktyczne konsekwencje. Również i ta postawa – nawet, jeśli rzadko się do tego przyznajemy – jest bardzo często spotykana. Dużo szerzej rozpowszechniona jest jednak rezygnacja: „Czego właściwie mogę dokonać? I tak wszystko na marne!”. Czyżby? Jak rzeczywiście ma się sprawa z naszymi szansami? Jaką naturę ma ta pierwsza globalna rewolucja, u progu której się znajdujemy? Jak będzie przebiegać? Przybierze postać przewrotu prowadzącego do naszej samozagłady, czy może jednak zapewni przyszłym pokoleniom możliwość egzystencji? Czy będą przeważać strach, nienawiść i przemoc, czy też może nadzieja, wiara i miłość do życia? Czy będzie to rewolucja wroga życiu, czy też mu przyjazna, biofilna? Spróbuję odpowiedzieć na powyższe pytania, stąpając po krętych ścieżkach, prowadzących przez dżunglę zależności. Czynię to jednak bez jakiejkolwiek fachowej legitymacji, wyposażony jedynie w kompetencję, którą posiada każdy: zaufanie do własnego zdrowego rozsądku lub, jak kto woli, chłopskiego rozumu. Jest to książka bardzo osobista, która nie ma pretensji, aby stać się powszechnie obowiązującym ani też zobowiązującym kanonem. Daje raczej upust mojej próbie przyczynienia się do tego, aby globalna rewolucja rzeczywiście stała się biofilna.

***

„Boso” to książka skierowana przeciwko szałowi konsumpcji panującemu w krajach dobrobytu. Nie mam w sobie na tyle cynizmu, żeby zalecać rezygnację z konsumpcji ludziom cierpiącym niedostatek. W czasach, w których pisałem „Boso”, „żelazna kurtyna” dzieliła Europę na nieprzyzwoicie rozrzutny Zachód oraz Wschód, któremu ten zbytek nie był przeznaczony. W trakcie pisania nieustannie myślałem o moich polskich przyjaciołach, dla których ta książka nie była przeznaczona, tym bardziej więc nic nie jest w stanie zmącić mojej radości z polskiego tłumaczenia. Jeśli kraj ten tak kreatywnie i szybko przestawił się na inny system gospodarczy, z pewnością będzie również w stanie dostrzegać i respektować jego granice.

GERHARD WINTER
Graz, czerwiec 2015 r.

Mgła wczesnego dzieciństwa
            ​Coś takiego jak „bosa” idea nie zaczyna się wyłącznie impulsami dającymi do myślenia. Przyczyną są również doświadczenia wczesnego dzieciństwa, które nigdy nie przeniknęły do świadomości, pozostały jednak w jej głębszych warstwach, tym skuteczniej rozstrzygając, czy w przyszłości człowiek będzie wiódł życie pełne ufności i wiary w siebie, czy wśród obaw i koszmarów. Życie, w którym można brać rzeczy takimi jakie są, by zyskać pewność, że koszmary nie istnieją, a jeśli już, to tylko w naszej wyobraźni. To dążenie do bezpieczeństwa skarykaturował bardzo trafnie tyrolski kabarecista Grünmandl w jednym ze swych „alpejskich wywiadów”: na pytanie, dlaczego żyje tak głęboko pod ziemią, mieszkaniec kopalni odpowiada: „Ach wie pan, jak pana trafi meteor, nie ma pan żadnych szans!”. Na uwagę, że przecież meteor należy do skrajnie rzadkich zjawisk, odpowiada: „Tak, tak, ma pan rację, ale bezpieczeństwo jest ważniejsze niż osobliwość!”. Mam szczęście posiadania niemożliwie kochanych i wyrozumiałych rodziców. Zgodnie z zasadą „meble są dla nas, nie my dla mebli”, przyglądali się z rozbawieniem, jak będąc dziećmi przekształcaliśmy mahoniowe biurko w domek z piernika, przyklejając doń piernik na ślinę. Ich znajomi nie byli w stanie pojąć takiej pobłażliwości. ​Gdy mając lat 15 skonfrontowałem rodziców z moim życzeniem podróży po Europie autostopem – Hamburg, Paryż, Mediolan – sprawdzili po prostu swe finanse, wcisnęli mi w rękę trochę kasy, do tego kilka adresów znajomych, na wszelki wypadek jeszcze potwierdzenie, że zgadzają się na moją podróż, trochę prowiantu na dwa pierwsze dni i życzyli mi szczęścia. I faktycznie, zaznałem go niemało. Nieliczne przeciwności, z jakimi się zetknąłem, bardziej mnie rozbawiły niż odstraszyły – być za sprawą  mojej naiwności. Poza tym spotkałem się wyłącznie z uprzejmością, zainteresowaniem i serdeczną gościnnością. Wtedy odbierałem to jako całkiem naturalne, gdyż przez długi czas nie miałem innych doświadczeń. Całkiem zrozumiałe jest więc to, w co dziś wierzę, ponieważ stwierdzam za każdym razem, że to, czego oczekuję, szukam, nie tylko udaje mi się odnaleźć, ale także staram się to wspierać, i takie reakcje wywoływać w mym otoczeniu. Jeśli coś się nie zgadza, jest to wynik mojej decyzji; tego, czy zebrałem dobre, czy złe doświadczenia. Ode mnie tylko zależy, czy mnożę wokół siebie sygnały, czy mój optymizm jest uzasadniony. To samo tyczy się pesymizmu. Krótko mówiąc, optymista jest szczęściarzem, pesymista pechowcem. Psycholodzy mówią o świecie zewnętrznym jako lustrze świata wewnętrznego. Doświadczam otoczenia zależnie od zawartości mego wnętrza. Wiem już, że nie jest tak łatwo się przestawić, gdy całe życie jako pesymista gromadziło się negatywne doświadczenia. Ale nie jest to niemożliwe. O tym jednak,
w jaki sposób to zrobić, wspominam wyłącznie na marginesie niniejszej książki. Przede wszystkim chcę bowiem pisać o „bosej” idei. Z niej zaś wypływa pytanie, co możemy konkretnie uczynić, Ty i ja, by chronić naszą planetę jako podstawę naszej egzystencji. Denerwuję się z powodu tej całej pesymistycznej literatury o zagładzie świata, po której przeczytaniu człowiekowi jest tak samo źle, jak i autorowi. Pewnie, że bilans jest mroczny, może nawet czarny. Na ogół jednak autorom, poza diagnozą na 150 stronach, nie przychodzi do głowy nic innego niż tylko kilka utopijnych propozycji w stylu: „rządy krajów wysoko rozwiniętych musiałyby postanowić, że…” lub „przemysł zbrojeniowy musiałby się przestawić na produkty cywilne”, lub „gospodarka musiałaby się zastanowić nad bardziej ekologicznymi sposobami produkcji”, lub też „należałoby przeforsować wykorzystanie energii słonecznej, wiatrowej i pływowej”, czy wreszcie „McDonald’s powinien stosować do hamburgerów soję zamiast wołowiny”. „Powinno się”, „musiano by” – gdy tylko coś takiego słyszę, zaraz jestem zdenerwowany! To nie do uwierzenia. Mogę w takim razie od razu polecić ministrowi finansów, by sam się wysłał na emeryturę, opodatkowując reklamę. Przede wszystkim irytuje mnie, że takie mroczne proroctwa, czynione choćby i z najszczerszym nawet zamiarem wstrząśnięcia czytelnikiem, odnoszą wprost przeciwny skutek. W obliczu beznadziei czytelnik popada w stan rezygnacji i letargu, zamiast podjąć jakieś sensowne kroki przeciwko zagrożeniu. I z każdym czytelnikiem, który się tak czuje, mroczne proroctwo staje się coraz bardziej prawdopodobne. ​Przypominam sobie bardzo dokładnie, jaki byłem zdeprymowany, gdy coraz lepiej rozumiejąc mechanizmy rządzące naszą gospodarką i polityką, począłem dostrzegać ich własną dynamikę, rozumieć, jak rozwijają się te systemy i jak samorzutnie powstają przymusy okoliczności. Ja sam tymczasem, jako szary obywatel, odczuwałem niemożność wywierania jakiegokolwiek wpływu na bieg rzeczy, gdyż wymknął się on już dawno z rąk nawet samym Wielkim Sterującym! No i jeszcze ta skłonność niektórych autorów do ozdabiania mrocznych wizji przyszłości oskarżeniami, obarczania winą, odmawiania „winnym” jakiegokolwiek poczucia odpowiedzialności i moralności, budowania obrazków koncernów międzynarodowych, betoniarzy, lobby itd. Wszystko to wywołuje w czytelniku, prócz rozpaczy, ślepą wściekłość. Nie są to bynajmniej dobrzy doradcy, jeśli idzie o organizację zdrowego życia.
Być może nabrałeś przekonania, że ja sam mam skłonność do takiego obrazkowego myślenia. Mam nadzieję, iż czytając niniejszą książkę, spostrzeżesz, że wcale tak nie jest. Moim celem jest oczywiście dostrzeżenie i zbadanie treści, związków i mechanizmów, a także oddziałujących nań sił oraz ich kierunku. Takie przekonania są podstawą sensownego działania, chociażby według „bosej” idei. Chodzi mi jednak również o zrozumienie, że ludzie widzący rzeczy inaczej, dążący do innych celów niż ja nie muszą być zaraz źli czy głupi. Może objaśni to lepiej historia o trzech przyjaciołach, sprzeczających się, czy kropla wody błyszcząca w słońcu ma kolor zielony, czerwony, czy pomarańczowy. Spotkany na drodze mędrzec poproszony o rozsądzenie sporu powiedział: „Każdy z was ma rację. Ale aby to zrozumieć, każdy musi zadać sobie trud postawienia się w sytuacji innego człowieka”. Ta jednakowość kropli wody stała się dla mnie tematem centralnym. Wrócę do niego jeszcze wielokrotnie. Zacząłem zwracać się do Ciebie na Ty. Nie jest to bynajmniej próba pozbawionego szacunku podlizywania się. Bądź co bądź, zwrotem „szanowny Czytelniku” nie uda mi się rozmowie o rzeczach, o które mi idzie, nadać odpowiedniego tonu, potrzebnego dla całkowitej otwartości. Nie bez przyczyny zajmuję się już tyle lat „bosą” ideą, stawiając bardziej lub mniej przydatne hipotezy.
​Patrząc wstecz, jestem szczęśliwy, że nie podałem ich do wiadomości publicznej. Dziś oceniłbym je jako trochę niezręczne, a trochę tragikomiczne. Bez dwóch zdań były niezbędne. Każda idea potrzebuje czasu, by dojrzeć; czasu, by znaleźć odpowiedni środek wyrazu. To właśnie było prawdziwą przeszkodą. Nigdy nie miałem problemów, by podczas spotkań towarzyski znaleźć odpowiedni, budujący mosty język. Dlatego spotykałem ciągle wspaniałych i kochanych ludzi – ze wszystkich warstw społecznych, ze wszystkich obozów politycznych i wszelakich profesji. Spotykałem ludzi rozsądnych, rozumiejących życie, jak sprzedawczyni warzyw na rynku, która mi powiedziała: „Wie pan, ludzie to są dzisiaj tacy ubodzy. Wszystko mają! Myśmy byli bogaci, a żeśmy nic nie mieli. Chodziło się boso, znało każdą jadalną roślinę na polu i w lesie. Człowiek się cieszył z kromki chleba. A kto dzisiaj wie, jak dobrze smakuje woda, kiedy chce się pić?”. Pewnie, że zdarza mi się spotykać ludzi, w których towarzystwie mam wrażenie, że gadam ze ślepym o kolorach. Każdy jednak ma w sobie odrobinę tęsknoty i pojęcia o tym, co jest w życiu ważne. Nie mogę po prostu podzielać pesymizmu. Nie mogę również podążać za otępiającymi stereotypami zbudowanymi z pięknych obrazków. Moje doświadczenia życiowe buntują się przeciw temu. Prawdopodobnie właśnie poszukiwanie tej odrobiny w każdym człowieku czyni ze mnie odkrywcę, obdarowując wieloma serdecznymi i budującymi spotkaniami. Dało mi to wielkie poczucie bezpieczeństwa, choć rozumiem, że na tym świecie działają wrogie życiu siły, co powoduje wynikającą z tej świadomości frustrację. Tak jak nie miałem problemu ze znalezieniem języka podczas spotkań towarzyskich, tak niemy byłem przy każdej próbie pisania, nie mogąc nawiązać kontaktu z ludźmi czującymi podobnie jak ja, choć niepoznanymi jeszcze osobiście. Ale właśnie to było dla mnie ważne. Mimo że spotkania towarzyskie były dla mnie inspirujące, moje dążenie do nawiązania kontaktu z ludźmi, którzy nie mogą się pozbyć poczucia samotności i izolacji, pozostawało niespełnione. Jestem przekonany, że drzemie tutaj ogromna moc, potężny biofilny potencjał, uśpiony przez tę izolację i czekający tylko na pobudzenie. Proszę, wybacz mi to górnolotne wyrażenie „biofilny potencjał”. Ale zaraz sam je zrozumiesz. Oto w restauracji przy sąsiednim stoliku matka karmi pięcioletniego chłopca. Dziecko poddaje się cierpliwie procedurze. Na pytanie: „No, smakuje ci?” odpowiada płaczliwym głosem: „Nie wiem, czy mi to smakuje, czy nie”. Scena rozegrała się przed kilku laty. Uznałem wtedy tego dzieciaka za dziecko na granicy niedorozwoju. Dziecko, które nie wie, czy jedzenie mu smakuje, czy nie! Z biegiem czasu doszedłem jednak do wniosku, że jestem mu winien wielkie przeprosiny, gdyż dzisiaj wiem, że nie jest wcale łatwo rozpoznać, co jest dla nas dobre, a co nie, co jest biofilne, a co nekrofilne, co sprzyja życiu, a co jest mu wrogie, niszczące. Pytanie, co jest dla nas dobre, a co nam nie służy, jest właśnie dlatego tak trudne, ponieważ odzwyczajono nas już we wczesnym dzieciństwie od ufania naszym instynktom. Bo jak inaczej ​objaśnić fakt, że właśnie teraz podpalam papierosa, zaciągam się mocno, zaciągam się znowu – i smakuje mi to? Nie wychodzi mi to z pewnością na zdrowie! I jak inaczej objaśnić, że zbliżające się z daleka auto ryczy i buczy, okna ma zamknięte, a w środku muzyka huczy na cały regulator, że aż dziw bierze, że samochód nie podskakuje czy eksploduje. A w środku siedzi człowiek, który uważa to za wspaniałe! Czy jest to dla niego dobre, to już inna sprawa. Może jest nawet gotów imać się przez lata kiepsko płatnej, otępiającej pracy tylko po to, by móc sobie pozwolić na ten „luksus” albo ściślej mówiąc, kredyt, który zaciągnął, aby spłacić odsetki i odsetki od odsetek. Nie będę się wykręcał tanimi hasłami, że jazda rowerem jest biofilna, a jazda samochodem nekrofilna. Ale jeśli da się to zrobić – troszkę mniej jeździć autem, a trochę częściej rowerem lub nawet chodzić pieszo – to jest to na pewno dobry początek. Z pewnością nekrofilne jest nastawianie się na koniec świata, niezależnie od tego, czy postępuje się tak pod wpływem niezaprzeczalnych sygnałów, czy mrocznej literatury, choćby i była obiektywnie dobra. Z drugiej strony równie nekrofilne jest niedostrzeganie problemu, działanie, jak gdyby wszystko było w porządku, wycofywanie się do iluzji zdrowego świata. Biofilne jest natomiast dokładniejsze przyjrzenie się światu i zadanie sobie trudu zrozumienia go. Dopiero, gdy pojmę, od czego zależy obecny bieg rzeczy, będę w stanie skutecznie mu przeciwdziałać. A pewność, że jest to możliwe, budzi w nas wiarę, niszczącą odrętwienie i pobudzającą do działania.