KRONIKA

KRONIKA 28.06.2015

Rejs Mazury 2015

<<< Powrót do kroniki

IMG-20150627-WA0000

28.06.2015 r.

Już czas wypłynąć w rejs…

Bez przeszkód dotarliśmy „pędziolinią” do Olsztyna. Zmiana środka transportowego na autobus i myk jesteśmy w Wegorzewie. Wszystko gra – łodzie czekają przy kejach, załogi przygotowane do przejęcia jednostek – czekamy na Agnieszkę i Leona, którzy docierają Yetigenem pod wieczór. Niestety do portu zawija gromada o poziomie kibolskim – szybka decyzja – mimo późnej pory wypływamy z macierzystego portu na pierwszy biwak. Zwierzyniecki Róg – tutaj się zaczaimy na dwa noclegi – fajne miejsce na rozpływanie. Pierwsze demokratyczne decyzje – Goro został namaszczony na Prezydenta Rejsu. Julek – Premier, Kasia – Ministerką Skarbu, Maciek – Minister Kultury, Minister Sportu – Franek (dojedzie), Sticz – Minister Transpory i Paliw Płynnych, a Leon objął Ministerstwa Siłowe (Łącznie z Kontrwywiadem). A więc Ahoj! Przygodo!

Minister Kultury donosi:

DSC_0053Pierwszy dzień pływania za nami. Pogoda znakomita, humory – wspaniałe, postępy załogantów powyżej oczekiwań, przesunięcie na mapie – 0 km. Pływaliśmy sporo, ale wróciliśmy w to samo miejsce; warto było trochę potrenować, a robić dystans zaczniemy jutro. I chyba to dobra decyzja, bo manewrowanie na małym obszarze pozwoliło wszystkim rozwinąć skrzydła. Andrzejek B. robił pod koniec dnia zwroty przez sztag i rufę jak żeglarz z patentem i kilkuletnim stażem. W rozmowie przyznał jednak, że kiedy był w przedszkolu, zdarzyło mu się pływać po jeziorach, trudno się więc dziwić, że ma taką wprawę.

Zosia Cz. od pierwszych minut na wodzie wyróżniała się nadzwyczajnym zapałem i zaangażowaniem kiedy kładliśmy masz, żeby powiesić klubową banderkę, ze zniecierpliwieniem pytała, kiedy wyciągniemy wreszcie „to białe”. No i kiedy złapaliśmy wiatr (słabiutki, ale przy takim dobrze się ćwiczy) w „to białe”, a silniki ucichły, poczuliśmy wreszcie, że zaczęły się wakacje. Po południu dwie łódki zrobiły wycieczkę do Węgorzewa, żeby pójść do kościoła i uzupełnić braki w wyposażeniu (zapomnieliśmy, że naczynia brudzą się i trzeba je czymś myć. Rzutem na taśmę udało się nabyć płyny, ściereczki, gąbki – 10 minut później już by nas nie wpuszczono do sklepu. Potem silnikowa przeprawa do reszty obozu z niespodzianką – kiełbasami na ognisko. Każdy lubi kiełbaski, ale nie każdy ma okazję je piec nad ogniskiem wśród komarów i jezior. A możemy! Tak to już jest, że takie posiłki smakują wyjątkowo. Dzisiaj trenowaliśmy nie tylko żeglowanie. Szkoła wprawdzie się skończyła, ale mimo to warto poćwiczyć pisanie. Zarządziłem, że każdy, bez żadnych wyjątków, ma napisać po dwa zdania o wczorajszym i dzisiejszym pływaniu. Potem skryba z każdej załogi ma spisać wszystkie teksty na jednej kartce i kratkę oddać mi do wieczora. DSC_0176Na początku wydawało się, że chwytanie za pióra, kiedy wszystkie oceny są już wystawione, nikomu nie wydaje się przyjemnym zajęciem. I owszem, musiałem oddać do natychmiastowej poprawy zdania typu „było fajnie”; „było super”, ale niektórzy znaleźli w sobie zacięcie literackie tchnienie i zaskakiwali i czarowali „wiatrem muskającym policzki” albo „ wynurzającymi z za ciemnego lasy promieniami popołudniowego słońca. Okazało się, że zorganizowanie ćwiczenia było bardzo dobrym posunięciem. Trzeba będzie je na pewno je powtarzać, ale najpierw muszą odpocząć wszystkie ręce zmęczone długotrwałym wodzeniem po papierze. A to efekty pracy:

Julka – „ Bawimy się bardzo super. Dzisiaj był mały wiatr. Lecz dzięki temu mogliśmy poćwiczyć sobie potrzebne manewry i informacje”.

Kuba – „Dzisiejszy dzień był świetny a na obiad był makaron (przypalony) z sosem pomidorowym. Sporą część dnia pływaliśmy po jeziorze – każdy sterował i ćwiczyliśmy składanie masztu. Podsumowanie – super”.

Ania – „Dzisiaj poznawaliśmy nazwy różnych części żaglówki. Poznawaliśmy potrzebne manewry i się dobrze bawiliśmy”.

Julka – „dzisiaj było bardzo wesoły i pogodny dzień. Z koleżankami się sporo opalałyśmy się i świetnie bawiłyśmy się”.

DSC_0196Sticz – „Dzisiaj było całkiem spoko bo podczas rejsu mięliśmy fajną pogodę. Wieczorem laliśmy się wodą i Julek się troszkę wkurzył.

Zuzia – „Dzisiaj przypominaliśmy sobie (niektórzy uczyli się) tajniki żeglugi. Cały czas umilały nam głośniki Teodora z fajną muzyką. Na koniec dnia chętni popłynęli do kościoła”.

Teodor – „I – Było miło, ale miałem muzykę. II – Było fajnie bo miałem muzykę.

Zuzia – „Po długiej i męczącej podróży stanęliśmy na wysokości zadania i wypłynęliśmy w pełną przygód drogę. Zmęczeni krzykiem Bąka i śmiechem Łukasza wyruszyliśmy na lekcje ze sternikami, ale niestety zgubiliśmy się na tych wodach.”

Marysia – „ Nasza długa droga spowodowała zmęczenie, ale z powodu innych jachtów musieliśmy przenieść się na noc do innego nowego miejsca. Po niezapomnianej nocy z naszą załogą, która dostarczyła nam dużo śmiechu, wyruszyliśmy na mini rejs”.

DSC_0200Ania – „Po męczącej drodze w pociągu dojechaliśmy szczęśliwi na miejsce i zaokrętowaliśmy się w nowych żaglówkach tak zwanych okresowo domach, w których musimy przetrwać dwa tygodnie. Przy wieczornym ognisku każdy z wielką ochotą śpiewał, a niektórzy nawet grali na instrumentach i świetnie się przy tym bawili. Następnego dnia z wielkim zapałem poszliśmy na rozruch z naszym sternikiem a potem każdy z wielką ochotą kąpał się w jeziorze. Po obiedzie każda załoga opuściła ląd i wyruszyła na parogodzinny rejs po Mazurach. Po wróceniu wszystkich żaglówek dwie z nich popłynęły do kościoła i na zakupy gdy reszta się kąpała. Na koniec dnia Leon grał na gitarze przy ognisku i każdy się bawił”.

Andrzej – „Wczoraj przyjechaliśmy do portu – Łukasz z Bąkiem sprawdzili stan naszej żaglówki. Dzisiaj pływało się fajnie a potem popłynęliśmy do kościoła i sklepu”.

Olgierd – „Po dwugodzinnej jeździe samochodem z Olsztyna spotkałem się z uczestnikami obozu organizowanego prze Klub Sportowy Yeti. Pierwsze dwa dni żeglugi upłynęły spokojnie. Myślę, że będzie to udany obóz z różnymi przygodami”.

Łukasz – „Wspaniały i ekscytujący dzień miał miejsc dzisiaj. Moja załoga jest wspaniała i zawsze mogę na nią liczyć. Mam nadzieję, że nie zawiodę się na nich”.

Itd, itp.

29.06.2015 r.

DSC_0210Dzisiaj pierwszy raz popadało – niewiele, ale jednak. Noc spędzamy w Zimny Kącie. Kąt jest jednak zimny tylko z nazwy, zaraz po naszym przybyciu wyszło słońce, a rozkładane w pośpiechu namioty (plandeki) nad łódkami okazały się zbędne. To kolejny dzień pełen przygód; najwięcej przeżyła ich załoga Bąka. Jednak on sam zgodził się je opisać w krótkim reportażu, który zamieszczamy poniżej. Przy Zimnym Kącie jest dość wąsko, więc nie obyło się bez wycieczki w krainę traw, na szczęście dzięki zimnej krwi Sticza i szybkiej reakcji pozostałych członków załogi kryzys został zażegnany a incydent posłużył za ostrzeżenie dla innych łódek, które albo zachowywały w tym miejscu szczególną ostrożność, albo poszły na łatwiznę i włączyły silniki.

To bardzo urokliwe miejsce, a widok jeziora i leżącej naprzeciw nas łąki jest tak cudowny, że aż przechodzi w kicz (niektórzy porównują ten krajobraz do tapety Windows). Znowu udało się trochę pośpiewać przy ognisku, mieliśmy wprawdzie dyskotekową konkurencję z pobliskich łódek, ale jakoś trzeba było sobie dać radę.

DSC_0250Jutro ma być pełna „lampa”, kierunek Wilkasy (przy ognisku zabrzmiało głośne: jest!) Ci, którzy byli już kiedyś na rejsie, wiedzą jakie atrakcje oferuje akademicki port a drudzy będą dopiero mieli okazję zachwycić się darmowymi umywalkami z ciepłą wodą, boiskiem ze sztuczną trawą, bardzo dobrze wyposażonym supermarketem, a nawet super-nowoczesnym basenem!

Jestem bardzo mile podbudowany rosnącym zapałem do żeglowania. Bywa nawet tak, że zaraz po śniadaniu słychać już energiczne pytania: kiedy wypływamy? I na dobrych chęciach wcale się nie kończy, nawet nowicjusze są coraz bardziej pewni siebie i gotowi wykonywać coraz to nowe zadania. Tylko chwalić! A jak już pójdzie coś nie tak, to zaraz błąd zostaje naprawiony. Jeśli ktoś odpowiedzialny za przycumowanie łódki skacze na brzeg bez cumy, to zaraz po nią wraca. I o to chodzi – każdy czasem się myli, grunt w tym, żeby umieć wyjść ze stresującej sytuacji. Tylko żeby jeszcze komary tak nie gryzły…

Wspominki Bąka.

DSC_0257Dzień zaczął się całkiem zwyczajnie. Pochmurno, lecz nie nieprzyjemnie. Pobudka, rozruch, kąpiel. Nikt z naszej załogi nie spodziewał się tego, co nadeszło. W drodze do Zimnego Kąta, będąc już blisko niego, położyliśmy maszt. Nikt się nie spodziewał, że jeden z członków załogi nie schowa cumy do bakisty. Lina wciąż zaknagowana – wpadła do wody, rozwinęła i wkręciła w śrubę silnika – skutecznie blokując go. Na szczęście spotkaliśmy Leonów, którzy nas podholowali a Łukasz już w bezpiecznym miejscu zlikwidował usterkę. Kliny całe silnik zagdakał. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Cóż z tego jeżeli pech nas nie opuszczał. Teraz nie mogliśmy podnieść masztu, ponieważ przekrzywił się lekko na sterburtę. Tu z pomocą przyszedłem ja – Bąku. Przesunąłem siłą własnych mięśni bramę masztu lekko w prawo, dzięki czemu udało się mi włożyć zatyczkę w stosowne otwory. Dalej to już całkiem spokojnie. Cieszyliśmy się obserwując Sticza ćwiczącego wypływanie z szuwar. Nic tak człeka nie cieszy jak cudze nieszczęście…

30.06.2015 r. / 1.07.2015 r.

DSC_0303Stoimy w Wilkasach. Dzisiaj było bardzo zmiennie – słońce, deszcz, słońce, deszcz… Na wodzie w sumie też bywało różnie. Jedni tracili nerwy na czekaniu przed zwodzonym mostem na zielone światło, a inni, zamiast tracić, postanowili coś zyskać. Jasiek opowiada, że w kanale ich łódka wzbogaciła się o jeden odbijacz; pływał bezużytecznie, więc trzeba go było przygarnąć – zawsze się może przydać. Ci, którzy przepłynęli pod mostem jako pierwsi, dopłynęli do portu jeszcze przed ulewą (załoga Kasi i Maćka). Reszta musiała przywdziać kolorowe sztormiaki i szukać miejsca na cumowanie w strugach deszczu. Choć w kanale każdy miał jakąś przygodę to chyba najciężej doświadczona czekaniem na zielone światło była łódka Julka. Trzeba było wycofywać, hamować. Wszystko opisuje jeden z załogantów – Krzyś, jego relację zamieszczamy poniżej.

W Wilkasach ze względu na zawirowania atmosferyczne nie udało się niestety pograć w piłkę na sztucznej trawie, ale zamiast tego wybraliśmy się na basen, jeszcze bardziej nowoczesny niż sztuczna trawa. Było świetnie, tory olimpijskie, jacuzzi, dwie sauny, rwąca rzeka, zjeżdżalnia. Wybraliśmy się dość dużą grupą i chyba jedyną osobą, która nie wykazywała entuzjazmu był pan ratownik. Kiedy wyszedłem z szatni na basen, podszedł i powiedział, że chciał podać całej grupie kilka podstawowych informacji, ale okazało się, że grupie żal czasu na słuchanie, bo czas basenowy przecież leci. Pan wyglądał na mocno zdezorientowanego. Na szczęście humor mu się znacznie poprawił, kiedy wychodząc mówiłem „do widzenia”. Wszyscy wyszaleliśmy się na zjeżdżalni, wygrzali w saunie, wypływali w basenie i porządnie umyli pod prysznicem (prysznic oczywiście w cenie, żal byłoby nie wziąć ze sobą żelu).

DSC_0324Wieczorem były jeszcze przygody z ładowaniem akumlatora. Po wielu próbach i pomocy Gora okazało się, że nasza łódka ma szczególne wymagania – otóż ze wszystkich sprawnych przedłużaczy działają u nas te wybrane (wybrane według nieznanych nam kryteriów). Mnie nic już nie zdziwi, gdyż miałem w przeszłości do czynienia z telewizorem, który odtwarzał filmy z niepodłączonego do niego video. Nasuwa się wniosek, że technika nigdy nie przestanie nas zaskakiwać, ale w ostatecznym rozrachunku to my zawsze wyprowadzamy ją w pole i zwyciężamy jej własną bronią – alogicznością.

Ranek przywitał nas słońcem. Doszły nas słuch, że nadciągają upały znad Wielkiej Brytani, nie wiem, czy to na pewno powód do zadowolenia, bo na wyspach mogą być trochę inne kryteria upałów, ale trzeba być dobrej myśli. Dzisiaj wypływamy żeby trochę poćwiczyć i wracamy w to samo miejsce, bo w nocy ma dotrzeć do nas Franek.

Spisane przez Krzysia z załogi Julka – INCYDENT W KANAŁACH

„Przydarzyło się nam w trakcie przemierzania Kanału Giżyckiego. Zaczęło się od tego, że musieliśmy zacumować na brzegu kanału, gdyż przed nami znajdował się most, który wysuwał się spod ziemi lub wysuwał, w zależności od tego, kto chciał przejść lub się przeprawić, i aktualnie ponownie go DSC_0312zamykali. Most był ustawiony o stałych godzinach i jednokierunkowy. Za nami znajdowały się łodzie Gora i Bąka. Byliśmy zachwyceni, gdy po po jakiś 20 min. z powrotem most był „przejezdny” dla naszych żaglówek. Ruszyliśmy z brzegu, gdy zapaliło się zielone światło. Odbiliśmy od brzegu, i ustawiliśmy się równolegle do kanału. Ku naszemu zdziwieniu zanim udało się nam odbić od brzegu, światło zmieniło się na czerwone, zaś po drugiej stronie tego-że mostu płynęła na nas biała krowa. Nastąpiła szybka akcja. Najpierw musieliśmy szybko hamować a potem ustąpić białej flocie. W międzyczasie kontrav płetwy sterowej zaplątał się silnik i ten stanął. Byliśmy bezwładni, ale na szczęście wcześniej wytraciliśmy sporo prędkości. Sprawnie przycumowaliśmy, i Julek zajął się naprawą. Gdy Julek skończył, to poszedł do panów od otwierania mostu z prośbą, by na przyszłość nie wprowadzali tak ludzi w błąd. Powiedzieli, że zielone światło było dla całej żeglugi. Gdy wszystko skończyliśmy bezpiecznie przepłynęliśmy na drugi koniec mostu i kontynuowaliśmy podróż w stronę Jeziora Niegocin”.

1.07.2015 r/2.07.2015 r.

DSC_0369Dzień spędzony w Wilkasach, ale nie tylko. Rano wypłynęliśmy, żeby poćwiczyć przeróżne manewry: podejście do człowieka (w zasadzie do wyrzuconego koła); podejście do boi; wchodzenie w dryf; praca pagajami w szuwarach – to ostatnie ćwiczenie zaproponowano dość spontanicznie.

Wróciliśmy na 14:30, bo o 15:00 mieliśmy zarezerwowane boisko. Po pasjonującym spotkaniu pełnym akcji i bramek wskoczyliśmy do jeziora. Chłopaki musieli zmyć z siebie resztki sztucznej trawy, a dziewczyny – piachu z boiska do siatkówki plażowej. Po grach i zabawach wszyscy zgłodnieli, więc trzeba było zrobić coś do jedzenia. Załogi Gora i Bąka przybiły do brzegu dopiero w porze obiadowej. Zdecydowali, że więcej poćwiczą na wodzie. Nie obyło się bez przygód – Bąku musiał szybko naprawiać silnik, podczas gdy wiatr spychał go do trzcin – prawdziwy wyścig z czasem – udało się i wrócili już z naprawionym napędem.

DSC_0407Pogoda nas rozpieszcza – słońce, przyzwoity wiatr i ani za ciepło, ani za zimno. Żeby zachować siły i sprawność trzeba pić dużo i smacznie. Załoga Kasi (z inicjatywy Sticza) wzbogaciła się o dziewiątego załoganta – ciągniętą za jachtem butelkę z wodą z sokiem (tzw. gumiorem). Nie dość, że taki napój jest smaczniejszy od zwykłej wody, to jeszcze chłodzi go mazurskie jezioro.

Po Wilkasach skierowaliśmy się w stronę szlaku silnikowego – długich i dostojnych kanałów. Niegocin i Jagodne przepływaliśmy z wiatrem i poszło bardzo szybko. W kanałach było spokojnie i bardzo ciepło. Jednak otwarte jezioro daje dużo więcej przyjemnego chłodu. DSC_0482Stoimy przy Tałatach, zaraz naprzeciwko wyjścia z ostatniego kanału. Trzeba było rzucać kotwice, a często skakać do wody, żeby poprowadzić łódkę w ostatniej fazie hamowania. Niektórzy przy tej okazji od razu się wykąpali. Cumowanie na „na dziko” daje okazję do zrobienia ogniska – kiełbasa i śpiewogranie z programami przygotowanymi przez załogi. Jutro namiar nas Mikołajki.

3.07.2015 r./4.07.2015 r.

DSC_0615Przyszedł czas na Mikołajki; rzecz jasna nie planowaliśmy tam noclegu. Złożyliśmy wizytę mazurskim Krupówkom, żeby każdy mógł się nauczyć, jak nie powinno się spędzać wolnego czau. Baloniki, breloczki, tekturowi piraci, wata cukrowa w kolorach tęczy; brakowało tylko ciupag. Turystów i wczasowiczów było jeszcze więcej z racji rajdu samochodowego z udziałem samego Roberta Kbicy. Co by jednak nie mówić, Mikołajki po prostu trzeba odwiedzić, nie ma innego wyjścia. Poza tym pizza jest wszędzie pyszna, a i zakupy gdzieś musieliśmy zrobić. I nie było tak łatwo, bo ucha od zgrzewek z wodą ostatnimi czasy lubią odpadać, a wtedy trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby przenieść rozsypujące się butelki. Taką walkę stoczył Jasiek. Dzięki pomocy Agnieszki, Kasi, Tomka i mojej walkę tę wygrał – wszystkie butelki zostały doniesione na łódkę.

DSC_0636Następnego dnia zadanie było jedno – przepłynąć Śniadrwy. Już wcześnie wydawało się, że cieplej być nie może. Dzisiaj zmieniliśmy zdanie, przy dzisiejszym upale można śmiało powiedzieć, że wczoraj było chłodno. Żar lał się z nieba! Do tego doszedł prawie zupełny bark wiatru, nie mówiąc o niebie bez żadnej chmury. Śniardwy jawiły nam się jako wielka patelnia. Cel był wciąż daleko, a robiło się już późno, trzeba było wspomóc się silnikami. Przybiliśmy do Okartowa. Na zadbanym polu namiotowym można trochę odpocząć i skorzystać z umywalek. Musimy tylko uważać żeby nie zostawić piany, bo właścicielka wymaga wielkiej dyscypliny podczas zmywania – może to i dobrze, dzięki temu jest czysto. Wieczorem przyjechali do nas Maczeton z Kubą. Do Krakowa wraca Julek,h składy się zmieniają. Dochodzą powoli słuch o nocnej grze, może dzisiaj, może jutro; nic więcej nie mogę napisać, bo to wszystko ściśle tajne, Na razie myślimy przede wszystkim o tym, jak chronić się przed upałami, bo nawet w nocy jest gorąco. Ale chyba lepiej tak niż na odwrót. Bywało, że było zimno i cały czas lało, wtedy dopiero narzekalibyśmy.

Jeszcze wspominki Kuby z łódki „Lacerta”:

DSC_0687„Na naszej łódce nie brakuje zabawnych sytuacji i pomysłów. Oto przykłady:

– przez dwa dni ciągnęliśmy za sobą baniak z wodą i sokiem żeby się schłodził,

– w naszej załodze mamy takie osoby jak Kasio, Śmierdziel, Szklania,

– Teodor ma zwyczaj nazywania żeńskiej załogo – Baby, ale raz zrobił wyjątek i używał słowa – Panienki,

– w pokładowej apteczce may odkażający plaster w spreju – kiedy się psiknie to okropnie piecze skóra – wspaniała zabawa z oglądaniem wykrzywionych twarzy tych którzy zostali popsikani,

– Teodor zamiast mięśni ma mięso,

– na łódce mamy kobrę i fok,

– naszymi nożami można kroić jedynie rozgotowane banany”.

5.07.2015 r.

DSC_0735Temperatura grubo ponad 30 stopni, wiatr – brak w porywach do 0,5 w skali Beuforata, a Śniadrwy do przepłynięcia. Rano wybraliśmy się do kościoła, potem odpłynęliśmy kawałek, żeby ochłodzić przed trudnym dniem no i trzeba było przeprawić się przez olbrzymie jezioro. Wyjątkowe warunki wymagają wyjątkowych rozwiązań, więc włączyliśmy wszyscy po prostu silniki i pruliśmy, pruliśmy do… Mikołajek. Trzeba było kupić benzynę i ochłodzić się lodami. Po krótkim postoju ruszyliśmy w kierunku ukochanego Rynu. Wiatr był jednak trochę za słaby, więc musieliśmy zatrzymać się w Zatoce Skanał. Było ciekawie, okazało się, że to miejsce pełne zwierząt. Julka poświadcza, że widziała koto-wiewiórki, Bąku – kota, ja słyszałem wskakującego do wody bobra, większość twierdzi, że widziała lisa, a już na pewno wszyscy widzieli, słyszeli i czuli komary. Dopłynęliśmy dość późno, więc trzeba było robić wszystko ze zdwojoną prędkością. Miejsca był mało i zorganizowaliśmy się tak, że przy brzegu stały 4 łódki, a pozostałe dwie były do nich przycumowane. Załogi Gora i Kuby (dawna załoga Julka) musiały korzystać z gościnności pobliskich pokładów i po nich schodzić na ląd. Udało się wszystko załatwić bardzo szybko. Jedni poszli biegać, inni wzięli się za obiad potem szybka kąpiel (wchodziło się do wody przez łódkę Gora). Po obiedzie (a właściwie kolacji) rozpaliliśmy jeszcze ognisko.

6.07.2015 r.

DSC_0769Rano zebraliśmy się naprawdę wcześnie. Pierwsze wypłynęły załogi Kuby i moja. Jesteśmy prawdziwymi miłośnikami Rynu i chcieliśmy być tu możliwie szybko. Na 12:00 przewidywano jakieś burze, więc tym bardziej warto było się spieszyć. Dotarliśmy na 11:00 – Ryn jest wspaniały, bo z jednej strony znajduje się tu wszystko, czego potrzeba: łazienki, zlewy, boisko, Biedronkę, zamek, a z drugiej miasto wciąż żyje własnym życiem i nie jest nastawione wyłącznie na turystów i gofry (choć gofry kupić tu można). Grupa zakupowa poszła do Biedronki i wracając musiała zmagać z deszczem. Mokrzy, ale dobrze wyposażeni wrócili na łódki. Jedni zdecydowali się obiad, inni drugie śniadanie. Potem chętni poszli na boisko (niczym nieustępujące wilkaskiemu), a inni na kąpielisko przy jeziorze Ołów. Kąpielisko tutaj jest rewelacyjne, czysta woda, wygodne pomosty z których można poskakać – bomba! Na koniec dnia ci, którzy nie jedli obiadu wcześniej, mogli się wreszcie za niego wziąć. Czujemy wielką ulgę bo upały odpuściły i jest bardzo przyjemnie. Jutro płyniemy dalej i zobaczymy, co nam jeszcze mazurskie prądy i wiatry przyniosą. Można powiedzieć, że wracamy, ale sporo jeszcze przed nami.

7.07.2014 r.

DSC_0878Dzisiaj powiało. Opuściliśmy Ryn i skierowaliśmy się w stronę kanałów. Jagodne pokonaliśmy w mgnieniu oka, bo dmuchało nam od tyłu. Niektórym udało się przepłynąć całe jezioro jednym halsem. Stanęliśmy zaraz przy Kuli. Miejsce było bardzo wygodne i przyjemne, ale miało znaczną wadę – dość wcześnie zaczynało robić się płytko. Łódki stały więc kilka metrów od brzegu i trzeba było brodzić w wodzie. Problemy są jednak od tego, żeby je rozwiązywać. Grupa dowodzona przez Sticza i Thedore’a znalazła spory fragment jakiegoś nieistniejącego już pomostu, dwie betonowe rury, kilka kamieni i stworzyła nowoczesny i bardzo wygodny most między łódką Kuby i brzegiem.

Potem obiad, ognisko – bardzo szybkie, bo trzeba było wcześnie iść spać. Gwoździem ogniskowego programu był występ załogi Gora. Zaskoczyli wszystkich stworzoną przez siebie szantą. Rytm bazował na „Morskich Opowieściach”, ale tekst był autorstwa Rafała. Piosenka była tym bardziej oryginalna, że nie opowiadała wcale o morzach, jeziorach czy przechyłach, ale o Czrnobylu i płynie Lugola. Załoga zaprezentowała też przyjęte przez przez każdego z członków przezwiska. I tak – najsilniejszy i najmężniejszy dzierżyciel stera , patelni i drugiej po Gorze władzy – Janek, to Janus Magnus, dwie siostry: Asia i Kasia, nieodłączne i świetnie reagujące na przechyły zostały ochrzczone Balastea Minor i Balastea Maior, wszechobecna i zawsze potrzebna, po prostu nieoceniona Ela – Lumia (potrzebna jak światło). Ela zwana jet też przez załogę Nokią (bo telefony są dziś niezbędne jak światło. Rafał – grający na gitarze i gotów iść pod prąd i pod wiatr niezależnie od warunków, gotów stawiać grota na wstecznym – bo przecież to łódka ma słuchać człowieka, a nie człowiek łódki – prawdziwy chłopak z charakterem przybrał imię Paradox. I na koniec dwaj przyjaciele, Miłosz – nieoceniony w pełnieniu funkcji „oka” – Lamus Okulus i niedościgniony w nawigacji Szymon – Lamus Navigus.

DSC_0883Po ognisku wszyscy udali się na spoczynek. Ok. 24:00 miało się jednak okazać, jak krótki miał być sen wszystkich załogantów. Przez wszystkie łódki przetoczyło się: „Wstajemy! Gra nocna! Raz! Dwa!”. I zaczęło się – dwie grupy starły się na mazurskich łąkach i stoczyły zacięty bój o butelkę – bombę. Walka zakończyła się remisem, bo nikomu nie udało się wysadzić bazy wroga. Po grze wszyscy już naprawdę mieli iść spać, ale jeszcze długo po łódkach niosło szepty: „mało brakło, już miałem wysadzać”, „ale oni oszukiwali…”, „nieźle ich napadliśmy”.

8.07.2015 r.

Wypłynęliśmy dość szybko, bo sporo było jezior do przebycia. Najpierw do kanału biegnącego przez Giżycko. I o dziwo tym razem nic się nie wydarzyło w czasie czekania na zielone światło, a kiedy już się zaświeciło to wszyscy grzecznie przepłynęli gęsiego. Nuda! Tak, mogłoby się wydawać, że po przepłynięciu pod mostem nic już nikomu nie może się przytrafić. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy dostrzegłem nagle wypływającą łódkę Franka z wejścia do kanału prowadzącego do stoczni. A było tak: łódka sunęła spokojnie przez szeroki kanał – nic nie zapowiadało jakiegokolwiek zagrożenia. Ale kanał, to kanał, raz jest głębszy, raz płytszy i to na tyle, że płetwa sterowa uderzyła w dno. A jak uderzyła to się zerwał fał i się podniosła, a jak się podniosła to skręciła, a jak skręciła to z obrotem 90o i uderzyłaby niechybnie w brzeg kanału, gdyby n ie było w tym miejscu wlotu do stoczni. Stocznia okazała się prawdziwą solidarnością – nie to co wredna płetwa. Na Darginie zdążyło jeszcze dmuchnąć, ale byliśmy już na miejscu, więc było gdzie zmykać.

DSC_0909Na koniec tej relacji chciałbym jeszcze przytoczyć dwie najbardziej pomysłowe pomyłki w nazewnictwie, jakie usłyszałem na mojej łódce. Jagoda zapytała pewnego ranka czy udajemy się może w kierunku Witkacy (mają na myśli Wilkasy). Ola z kolei po spróbowaniu „Vifona”, stwierdziła, że to nie jest potrawa dla niej i, że chętni odda komuś tego wenfolna. Witkacy i wenflon – o ciekawych rzeczach się tu mówi.