KRONIKA

KRONIKA 10.07.2013

Rejs Mazury 2013

<<< Powrót do kroniki

Rejs Mazury 2013

DSC_0787_resize (3)2013.06.30

Ahoj Przygodo!

Ruszyliśmy z obozem. Po sprawnym transporcie – dzięki Polskiemu Kolejnictwu Państwowemu – pół roku wcześniej rezerwacja na wagony widmo, bez określenia daty i godziny prawdopodobnego odjazdu pociągu. Przed samymi wakacjami dowiedzieliśmy się, że pociągi letnie z Krakowa na kierunek mazurski przestają istnieć. Za to będzie Pennndolino!, które prawdopodobnie z zawrotną prędkością 80km/h puszczą po torach – ale których to jeszcze nie powiedzą. Tak więc 4:00 rano – autobusem do Katowic. 6:00 pociągiem do Giżycka. Spóźnienie 1 godzina, przesiadka do autobusu – myk, myk i już po fafnastu godzinach dotarła ekipa do Węgorzewa. Łódki przygotowane. Karol – bosman z Keji – przekazał naszemu Komandorowi – Karolowi B, który to przekazał je dalej sternikom – sprawne zaokrętowanie i zasłużona próba przyśnięcia przy dźwiękach disco w Tawernie. Rąbanka niemożebna… Porankiem wszyscy ochoczo, po porannej mszy – czyli gdzieś o 11:00 wypłynęli z zamiarem dotarcia na pierwszy biwak do Zimnego Kąta. Troszkę deszczu, ale wiatr sprzyjający i Komandor zmienia decyzję – Wilkasy. Jeżeli dodać, że zacięcie Komandora do piłki kopanej (boisko w Wilkasach) oraz transmisja meczu Brazylia – Hiszpania – decyzja ta była do przewidzenia. Pierwszy dzień szkolenia żeglarskiego pod znakiem kopaniny. Zasłyszane z boiska:

– Karooolll! Podaj żeeee.

– On nie podaje!!!

– Jak żem Ci Franio podał to żeś zeszmacił na pustą.

– A tobie to szersze bramki są potrzebne – zripostował Franek rozplątywując swoje długie koszykarskie nóżęta obute chińskim wyrobem tramkopodobnym w rozmiarze kajaka dwuosobowego.

No dobra – 23:40 transmisja meczu. Fachowe dyskusje będą kontynuowane…

DSC_1212_resize (2)2013.07.02

Czas płynie. Nawet nie wiemy kiedy udało nam się dotrzeć do Rynu. Wiaterek dmucha od zadka strony w sposób umiarkowany i nawet kiedy niebo straszy kolorami na opady nie robi to na nas żadnego wrażenia. Komandor – Karol B. – sprawnie ustawia obozowiczów – dyskusje wyelimionowane, jest tak bardziej demokratycznie – czyli na wierzchu jest Karola i póki co ma chłopina rację i dobrze zarządza. Wracając do relacji – z Wilkas myk do kanałów. Silniki sprawne – dwie godziny i jesteśmy na Tałtach. Zaś wiatr się sprzyjająco zmienia i sru jednym halsem do Rynu. W Rynie wielkie zmiany – nowy port, nowe kąpielisko nad Ołowiem, szkoda, że dotyczy to też nowych cen – ale niech tam mają – jest ładnie. Pogoda sprzyja (jest bardzo żeglarsko – mimo przelotnych deszczów).  Wiele starań aby wciągnąć w klimaty tych co pierwszy raz. Jest im trudno – rodzice im to zrobili. Teraz się dowiadują, że aby zjeść – trzeba ugotować, że aby było czysto – trzeba posprzątać, że na łódce ciasno jest i mało tego – trzeba wykonywać polecenia – a nawyki inne… Mamy nadzieję, że wszyscy się odnajdą – to dopiero początek i szybko idzie ku dobremu. Odwieczny dylemat – zabrać komórki czy też nie? To problem Komandora. Cóż można powiedzieć – żagle to dobra szkoła życia dla młodych organizmów…

Wpadł na naszą jednostkę właśnie sternik Maciej i zacytał – z dziećmi jest jeden problem – bardzo chcą jeść ale wciąż żadne nie chce się zabrać za robotę… Jesteśmy po to aby to zmienić. Przed nami trening. Te treningi są bardzo narciarskie – są z nami przecież Karol i Maryśta – pełna metodyka i wzór ruchowy. Relacja z dnia musi się kończyć bo jest problem – wszystkie załogi już poi obiedzie – Budda chodzi między łódkami głodny – trzeba wyjaśnić co się stało na „Dorotce”…

DSC_1242_resize (2)2013.07.04.

Mało casu na pisanie bo się pływa. Krótki postój w Mikołajkach – krótka relacja.

Postalibyśmy dłużej w nowej marinie w Rynie, ale ceny zabijają. Mimo zerowego wiatru decyzja o opuszczeniu portu i kurs na Mikołajki. Szalejemy na silnikach do Go lej Zośki z nadzieją, że za wyspą trochę wiuchnie – ale kiszka – Zefir na wdechu. Pagaje w dłoń, chuch załogi w żagle i z prędkością nie mieszczącą się w węzłach tylko w mini supełkach dokolebaliśmy się do Kokuszki. Fajoski biwak z WC-wyprażarką – blaszak wystawiony na słonce wzorowany na karcerach jaki stosowali Japończycy podczas wojny wobec jeńców wojennych. Przynajmniej nie było kolejek. Poza tym miejsce super sprzyjające dobremu rozprostowi kości – potworzyły się grupy treningowe i pot się lał podczas ćwiczeń wzorcowo. Po takich zajęciach moczenie w wodzie jeziora to jak najwyższej klasy „ćpa” – jak w Hiltonowie. Wieczorem bardzo udane śpiewpogranie z programem żeglarsko-szkoleniowym przygotowanym przez załogę Pamacia. Na Kokuszce miłe spotkanie z Krupcią i załogą. (Krupcia to ta Pani co w Krakowie roznosi na zamówienie świeże jaja – polecamy).

Ponieważ kolejny dzień też ma być letni zakładamy, że wyruszamy wcześnie rano co by gdzieś tam dopłynąć na kierunku Ruciane – Nida. Jesteśmy już wstępnie z Admirałem, który ma dokonać inspekcji obozu. Trzeba czyścić już dziś pokłady…

DSC_0981_resize (2)2013.07.08

„Ukrop z nieba leje się, chyba ze 40 C…” i tak od rana. Bełdany urokliwe w promieniach wschodzącego słońca. Glada całkowita. Odpalamy 4:30 silnik i pomykamy podebrać Maczetona, który zmieni na sterze Agenta TW „Lunetę”. Nie był to najlepszy wzór, ponieważ reszta obozu również zaczęła uprawiać żeglarstwo silnikowe co by dopchać się przez Guziankę na Jezioro Nidzkie – bo tam boisko, prąd, kąpielisko no i miasto blisko…

Czas leci tak szybko, że nie ma kiedy siąść do pisania. Jesteśmy już w drodze powrotnej na zakupach w Mikołajkach. W tak zwanym międzyczasie posiedzieliśmy w porcie PTTK w Nidzie. Część – bardziej nastawiona na żeglowanie przepłynęła do leśniczówki Pranie na małe zwiedzanie. Później kurs na wiatr – Guzianka – dalej nocleg na bindudze Przeczka. Rzut oka na Śniardwy. Pogoda łaskawa – choć wietrznego miodu nie ma – troszkę będziemy się kolebać na Tałtach. Zastanawiamy się czy uda się dzisiaj przeburłaczyć kanały?

SONY DSC2013.07.10

Jesteśmy po kolejnym biwaku. Jezioro Boczne – czyli już za kanałami. Tutaj przemiłe spotkanie z Admiralicją – Ania i Edkiem,  którzy są Rodzicami Chrzestnymi naszego żeglarstwa. 18 lat szkoleń i rejsów do których namówił nas Admirał, później przez kilka lat cierpliwie szkolił a teraz kontroluje…

Załogi coraz bardziej zgrane. Żeglowanie coraz lepiej natomiast prawdziwym wyzwanie i niespodziankami jest gotowanie na łodziach. Na ten przykład okazuje się, że makaron wrzucony do zimnej wody w proporcjach szacunkowych, gotowany bieżąco potrafi być tak agresywny w wyłażeniu z garnka, że aby nie ulec poparzeniu trzeba salwować się ucieczką z łódki – dać mu rozprzestrzenić się po kambuzie do momentu wyhamowania. Nadmiar wykiprować za burtę w celu dokarmienia zwierzostanu dzikiego a to co zostało w glucie rozdzielić na wszystkich członków paprając kluchę podgrzanym sosem Knora – smakuje wyśmienicie jako dzieło autorskie. Jedna z załóg miała – w ramach wieczornych prezentacji tematycznych pokaz kulinarny – pozyskanie, przygotowanie, smażenie żyjątek wyciągniętych z wód jezior. Ponoć były to ryby – trochę mniejsze od przynęty (białego robaka). W komplecie po usmażeni można było traktować taki posiłek jako dwudaniowy.

Dzisiaj mamy plan pokonać spory kawałek wody – może uda się dotrzeć w okolice bunkrów w Mamerkach. Ahoj!.

SONY DSC2013.07.12

Siedzimy już w Porcie Keja. Przedwczoraj i wczoraj wspaniałe żeglarskie dni. Najpierw jednym halsem z Jeziora Bocznego na Mamerki. Wieczorem konkurs i przygotowanie do ważnego sprawdzianu – regat. Poważna sprawa i emocji wiele. Wygrała załoga Buddy, drugie miejsce – Maćko-Krokiety i trzecie po nieuwzględnieniu protestów (licznych) – załoga Komandora Karola. Ostatni biwak na Zwierzynieckim Rogu, ostatnie śpiewogranie – jakoś smutno, że już kończymy. Wyjątkowo udany czas pod względem pogodowym i chyba dlatego zapowiadane deszcze na najbliższe dwa dni potwierdzają, że Neptun czy tam inna Rusałka sprzyjali nam w tym roku. No może nie wszystkim – ostatnie cumowanie bardzo nie wyszło Agnieszce, której powierzono bardzo odpowiedzialne zadanie przycumowania do bojki z przedniej części okrętu zwanej dziobem. Ułożyła się dziewczynka brzuszkiem na zejściówce, z jednej strony nóżęta z drugiej chwytliwe rączęta. Boja przytrzymana bosakiem. Aga palcyma przenicowała cumę przez kolucho boi i z dumą wrzasła w stronę ryb

– Babcia potrafi!!!

– Potwierdzisz to jeżeli uda Ci się wrócić z tej pozycji na pokład – nieśmiało napomknął mąż Agnieszki.

P1140876_resize (2)Prorok czy cóś? Agnieszka sprawnym ruchem ręki oparła się o próżnię nadwodną i pięknym obrotem (wciąż dzierżąc w dłoniach koniec cumy) – fikła była ku wodzie w gustownym sztormiaku nazutym na odzież ocieplającą (temperatura stała się nikczemną). Gdybyście widzieli te oczy…, które zostały na pokładzie no i niebywałe jak można – wygiąć lakierowane paznokcie w kroksach pozostających na nogach co by nie zzuło ich pod wodą. Zdolna Babcia. Czepiając się burty, na samych ręcach dotarła do rufy (to ta część odtylna) i została wyciągnięta na keję. Najważniejsze, że sztormiak na ramionach nie uległ zamoczeniu, cuma zaguźlona na knadze. Poradziła sobie Babcia i tym razem bez Jacusia, który gdzieś tam teraz marnuje czas na Chorwacji…

Tym mocnym akcentem, zakończyliśmy kolejny rejs. Pozostało jeszcze sklarowanie łodzi i przekazanie tak żeby służyły nam w roku przyszłym.

Pozostaje nam tylko podziękować wszystkim uczestnikom za wspaniale spędzony czas. Mamy nadzieję, że tym co pierwszy raz bez Mamy – w takich trochę bardziej samodzielnych warunkach – wszystkie trudne chwile pójdą w zapomnienie i będą chcieli dalej poznawać radości jakie niesie ze sobą żeglowanie…

Ahoj! Jedziemy na Wdzydze.