KRONIKA

KRONIKA 01.07.2012

Rejs Mazury 2012

<<< Powrót do kroniki

1.07.2012 r. Węgorzewo – Port Keja.DSC_0008_resize

Zaczynamy naszą mazurską przygodę. To już piętnasty rejs pod banderkami Yetiklubu. Ekipa szczęśliwie dotarła do Węgorzewa nadciągając: a.) busem Szkoły Zdrowia z Jastarni (nasz kolejny raz będzie miał wymieniane pompowytryski – tym razem w znanej miejscowości słynącej z dobrych mechaników VW – w Łebczu, b.) z Krakowa – pociągiem – którym to o możliwość podróży staraliśmy się od kwietnia br. Jak miło, że wciąż istnieją instytucje przypominające nam jako to drzewiej bywało – a jeden z kontrolerów PKP to nawet wnikliwie przeglądając legitymacje podsumował – gra gitara. Ale co tam – my przecież ruszamy w rejs.

W Keji miłe przywitanie przez kapitanat i gdzieś ok. godz. 24, załogi dobrze wypocone (taką atrakcje zapewniają Polskie Koleje – ułożyły się – każdy jak potrafił – na swoich okrętach (Tango 780).

A propos podróży w Olsztynie – przesiadaliśmy się z pociągu do autobusów. Maciek wyszukał rzeczone. Został przywitany jako Wódz grupy. Wyjaśnił, że Szefowa dopiero nadejdzie.

– No to czekamy – rzekł kierowca. Gdy ją zobaczył dał wyraz zachwytowi.

– Powitać ładnom Lalkie – i wykonał znany z telewizji gest wyższej kultury prezesa – czyli pełna szarmanckość wobec kobiet – ułożył obślinione wargi na glonojada i obślizgał dłoń Lalki. Dopiero po tym wstępie – już z ładnom Lalkom – pozwolił na zasiedlenie autobusu. Luki bagażowe nie do końca się zamykały, ale wyjaśnił, że nie będzie przechylał się na zakrętach – i nie wypadnom. Ruszylim z Baciom-Lalkom we Węgorzewo.

Do ad remu – jest już dzisiaj. Przejmujemy łodzie: Ciciuś – Maciek/Maczeton, Oja – Karol, Macieja – Wąsi/Indi, Tomkowa – Chudy, Palinka – Budda, Dorotka – Przytul, Kołomyjka – Jacek. Mazury nas witają burzową pogodą. Tak więc dzisiaj nie napinamy się na wielkie pływanie. Kursanci – do nauki, rekreanci – aprowizacja, Karol – czeka na mecz (tu muszę nadmienić, że nie udało mu się, podczas Euro, trafnie przewidzieć chociaż jeden wynik – na tym polega fachowość w piłce kopanej).

Trochę nam zeszło z przekazywaniem łodzi, jeszcze spotkanie z KWŻ-etem, mecz w konsekwencji decyzję o wypłynięciu z portu macierzystego zmieniamy. Odbijamy jutro – ale to nie znaczy, że siedzimy. To nie  Agnieszką i Maciejże. Dało się słyszeć gromkie hurra! Na wieść o wieczornym marszobiegu z perspektywą kąpieli (toż to tylko parę kilometrów  jedną stronę)…

DSC_0077_resize2.07.2012 r. Węgorzewo – Zwierzenecki Róg. Niby nie daleko, ale zygzakiem to cały dzień. Kurs ruszył z kopyta. Sternicy bardzo przejęci rolą postanowili nawet opornych przekonać do żeglarstwa – i chyba zaczyna im się to udawać. Załogi ćwiczą, że aż miło popatrzeć. Ci co nie na pokładzie to z nosami w książkach. Może co z tego będzie. Jesteśmy po rozmowach z KWŻ-etem. Umówiliśmy się w połowie rejsu w Wilkasach na pierwszy sprawdzian. To trudne jest – wmówić dzieciom, że mając wakacje muszą się uczyć… Karole wymyślają sprawdziany pisane na papierze i to pełnymi zdaniami, jakieś tam zaliczenia. Dzięki kursowi np. dowiedzieliśmy się, że są kursanci którzy będąc na trzecim rejsie po raz pierwszy mieli w rękach taki sznurek co nazwali go cumą – czyli pierwszy raz cumali. Albo – zauważono na zadku łódki silnik i użyto go. Wiedza się pcha we wszystkie otwory. Jednak nie samą wiedzą człowiek żyje. Mamy przecież fanów piłki kopanej dla której to gotowi są zrobić wszystko – nawet wbrew krążącym opiniom popróbować pobiegać w kierunku wyimaginowanego boiska. (W świat iluzji zostali wprowadzeni przez Bacie Lalkie i Maciejże, którzy to znaleźli świeżoskoszoną łąkę z samotnym koszem i nazwali ten teren orlikiem). Nawet Karol dał się skusić. I jak ten – nu pagadi – popędził w kierunku murawy. W swojej nadwadze był piersi. Piłkarz zrobi wszystko – wystarczy mu ściernisko – pograli, wrócili, drewienek narąbali, i w pięknej scenerii kiczu (syczący łabądek na tle zachodzącego słońca) spożyli uwędzone kubaski. Tu trzeba nadmienić, że z jednej z łódek dały się słyszeć dźwięki nie jakiegoś tam garkotłuka tylko – prawdziwe, melodyjne jezioro łabędzie – tak są przygotowani do rejsu. Kończąc trzeba nam wspomnieć, że dotarł do nas Goro z osobami towarzyszącymi w postaci dwóch kobiet i osobnika męskiego. Przed snem dostałem sms-a: „chyba to zdjęcie zbiorowe zrobiłeś po zebraniu, bo wszyscy oprócz sterników są bardzo nie zadowoleni”. Tak było – ale już nie jest…

DSC_0095_resize3.07.2012 r. Zwierzenecki Róg – Harsz. Pobudka – i kiszka pogodowa. Już gdzieś ok. 4:00 wichura – wieje zachód – zimny deszczowy i agresywny. Łodziami rzuca – zamiast na rozruch musimy gimnastykować się w poprawianiu cumowania. Przytul wisi sztagiem na drzewach, Leony ratują silnik – ot takie poprawki wynikające z lekce sobie ważenia parkowania przy sprzyjającej pogodzie nie biorąc pod uwagę tego, że aura zmienną jest… Najważniejsze – w dobrych wciąż humorach dajemy radę. Decyzje: pogoda uspokaja się (a to przewidują wszystkie prognozy) – ćwiczymy podstawowe manewry na Mamrach. I to dzieje się, z tą małą różnicą, że wbrew przewidywaniom możemy popłynąć dalej w trasę – co też czynimy – kierunek Harsz. Biwak u „Henia” (zakątek na Darginie). Fajosko – gość pamięta nas z poprzednich lat. Zmieniamy jednorazowo cennik i zostajemy na biwak a jezioro sprzyja aktywnemu treningowi manewrów. Dzień maksymalnie wykorzystany pod względem kursowym. Tutaj też miłe spotkanie z Admiralicją. Kto zna historię naszych doświadczeń żeglarskich wie, że dzięki Admiralicji ( Ania i Edek Gruszczykowie) organizujemy  nasze eskapady żeglarskie.  Amat – łódka od której zaczynaliśmy:

MYSIA NA AMACIEDSC_0086_resize

Gdy lato przychodzi to ciągnie mnie do łodzi
W Mazurską Krainę
Do Rynu, Ogonek — ostatni szkolny dzwonek
Poprawił marsową minę
Bo latem, bo latem, popływać chcę AMATEM
z mamą, tatą, siostrą, bratem
Bo latem, bo latem, popływać chcę AMATEM
Spotkać się z wodą i wiatrem
Już żagiel na maszcie, łopocze nareszcie
Ster nas prowadzi
Kłopoty porzucić, piosenkę zanucić
Admirał w drodze poradzi

Starszyzna wspomina, młodzież niepoprawna szuka skrawka ścierniska by pokopać piłkę. Zgodnie z przepowiedniami – ta narodowa gra legitymowana hymnem „Polacy nic się nie stało” podnosząca poziom na wysokość „koko euro spoko” – przynosi pierwsze kontuzje. No cóż trzeba będzie dalej ćwiczyć i żeglować w bandażach. Wciąż marzę o delegalizacji tej dyscypliny sportu. Dość powiedzieć, że w dwudziestoletniej historii Klubu, najwięcej kontuzji odnosili ci co kopali… No cóż, musi przez to wspólnie przejść. Najważniejsze, że kursantom równolegle wzrasta zainteresowanie sztuką żeglarską.  Bardzo są aktywni. Dzisiaj prezentowali wykłady na tematy zadane przez sterników. Supcio… Miło było popatrzeć i posłuchać – a przecież to ich wakacje… Coraz mocniej trzymamy kciuki za to co proponujemy dzieciorom – niech to będzie pasja na długie lata – warto… Wieczór przy blasku promieni ogniska – w tle zasypiająca tafla jeziora Dargin – troszkę zaniepokojona sprzecznymi myślami – pogoda się waha…

DSC_0138_resize4.07.2012.r. Harsz – Zimny Kąt. Dzień powitany tradycyjnym rozruchem. Maciejże wyznaczył cele biegu. Kierunek Skłodowo. Kolejny raz nie wyszło – aktywność sportowa powalająca,  pozwoliła przeczłapać na drugą stronę drogi. Tylko spóźnialscy zażyli prawdziwego treningu z Agnieszką i Maciejże (który biega w zaciasnych butach wciśniętych mu przez żonę – żona jak to żona – nie jeden folder widziała i wie, że buty muszą wyglądać a nie być wygodnymi). Po spożyciu śniadania – kursanci ruszają w rytmie szkoleniowym, rekreanci – w rytmie wczasowym w kierunku Zimnego Kąta (planowany kolejny biwak). My jeszcze kawka w miłym towarzystwie Admiralicji i Pana Henryka – właściciela przystani. Podsunęliśmy P. Henrykowi parę pomysłów (strona internetowa, nagłośnienie do śpiewogrania w tworzonej tawernie) – i jesteśmy umówieni na następny raz. Już mamy odpływać – jeszcze ostatni rzut oka na teren przystani – zgroza – puste opakowania po mleku pod wiatą. Aga – to zła kobieta – chwyta za telefon – krótka rozmowa ze sternikiem Buddą i koniec rekreacji. Ja – Dziadek Leon, to bym im tego nigdy nie zrobił. Trzeba przyznać że po cofce poziom wiedzy dotyczący ochrony środowiska znacznie podniósł się… Miło było popatrzeć na wyczyszczone rejony. Jeszcze Ahoj! Admiralicji i podążyliśmy śladami kilwaterów naszych załóg. Ślizgów to nie było. Wicher w porywach do 2 m/s pozwalał na łagodne, wielogodzinne kolebanie z przerwami na kąpiele. Woda cudownie chłodząca. Zimny Kąt daje możliwość poćwiczenia parkowania przy użyciu silników – no i kolejna klasówka sprawdzająca wiedzę teoretyczną. Ta wiedza jest różna. Mamy nadzieję, że Ci którzy zaliczają kurs wypchnięci przez rodziców do robienia tegoż, złapią zajawkę – jeszcze jest czas… Wieczorem odczuliśmy podmuch fali uderzeniowe burz, które szalały na Warmii i Mazurach. Zaburczało, zakołysało, pomoczyło i przeszło – byliśmy dobrze schowani. Do snu próbował nas ukołysać jakiś obcy element żeglarski, który do późnych godzin nadrannych pastwił się nad trąbką wykręcając z niej „Kolorowe Jarmarki”, „Białego Misia” etc. Było biesiadnie menconco…Zatęskniłem za chrapaniem Grzesia…

DSC_0138_resize5.07.2012 r. Zimny Kąt – Wilkasy. Postanowiliśmy wyruszyć wcześnie rano z dwóch powodów. Pierwsze primo to trębacz. Pomni koncertu nocnego staraliśmy się nie budzić go –  wpadnie jeszcze mu do głowy pograć nam do śniadania. Drugie primo to Indi. Wieczorem tak zgłodniał, że zaczął obgryzać korzonki przegryzając surowym makaronem w kształcie muszli. Ponieważ jest on nikczemnej budowy – trach – i razem z makaronem do jamy chłonącotrawiącej trafił ułamany ząb z pozycji lewej jedynki. Teraz Indi wygląda trochę zbójowato – no i trza nam do Giżycka – do stomatologów (Niestety czasy kiedy pływał z nami dr L. z torbą podręcznych kleszczy minęły). Pocieszałem Indiego, że co jak co, ale dentystów w Giżycku na pęczki ponieważ pozostali oni po zlikwidowanych jednostkach wojskowych. Doświadczenie w leczeniu i zabiegach mają frontowe – wszystko co zepsują naprawi się po wakacjach… Płyniemy – wiatry w dalszym ciągu ryczące. Cztery załogi bezpośrednio do Wilkas. Stachu wreszcie pogra w gałeee. Dwie po zakupy – uzupełnić zapasy żywieniowe i szczękowe.

Przy wydawaniu racji żywieniowych okazało się, że jedna z załóg już jakiś czas zaprzestała gotowania ponieważ wyfufiło im gaz z butli a genetycznie powykręcane dłonie uniemożliwiły odkręcenie wężyka od reduktora i wymianę butli. W ciszy jedli ten makaron na sucho. Problem nie do rozwiązania. Postanowiliśmy im pomóc. Zbiórka z saperkami – idziemy szukać gazu łupkowego – on gdzieś tu jest. Przy okazji poszukiwań problem butli rozwiązaliśmy przy pomocy klapcążek. Boże! Ty to wszystko widzisz a piorunami trafiłeś w Bisztynek? – Też słaby mechanik…

Wieczorkiem dotarli do nas Jacuś i Maczeton. Jutro sprawdzian połowiczny w obecności KWŻ-eta. Egzamin może potrwać ponieważ dzisiaj np. Mateuszowi stawianie grota bez pomocy i wskazówek zajęło 27 minut… Tylko to jedzenie dobrze wychodzi. Podsłuchano rozmowę:DSC_0227_resize

– u nas w domu to się jada lunch
– a u nas to trwamy przy tradycyjnym określeniu – drugie śniadanie
– a u nas po prostu wpieprzamy kanapki…

Jeszcze jedna niespodzianka – odwiedził nas Mateusz coby pograć w gałę ze Stachem. Miał jeden dzień przerwy w zdjęciach.

6.07.2012 r. Wilkasy. Tradycyjnie dzień witamy przebieżkami i kąpielą. Już rankiem temperatura doszła do 30 stopni. Szybkie śniadanie i o 9:30 jest Marek – nasz KWŻ. Krótka odprawa i zaczynamy połowiczny wewnętrzny sprawdzian – kursanci, rekreanci – powoli wyciągają ręczniki, powoli szukają nasłonecznionych miejsc, powoli układają się, Przytul z Agatką już zalegli (no może nie tak całkiem powoli), allle!! zapomnieli o Szefowej.

– a wy co? – zaświszczało w powietrzu – a potrenować, a pouczyć…
– my tak całkiem nie czujemy potrzeby pływania – jeszcze pomocował się Maciek
– to poczujecie – dobrotliwie ucięła wszelkie spekulacja Agnieszka – 5 minut i wszyscy kołyszą się na wodzie.

My do lornetek – obserwujemy kursantów. Jeeest! – pierwsza załoga w szuwarach. Widać szamotaninę, głośne komendy, żagle precz, silnik i dobra gimnastyka żeby wyrwać się z zieleniny… Sprawdzian trwał do 13:00. Później teoria i rozmowa z KWŻ-etem. Braki są, ale duże zaangażowanie daje nadzieję na poprawę umiejętności.

DSC_0179_resizePopołudniu wszyscy ćwiczą manewry (kursanci i rekreanci). Załoga Maciejże ćwiczeniowo bierze kurs na Giżycko. Maczeton zajmuje jego miejsce a Maciejże zostaje wyokrętowany – wraca do Krakowa (że też mu się chce). Podczas płynięcia postanawiają poćwiczyć manewr – człowiek za burtą. Padło na Maciejże, który będzie miał okazję raz ostatni wykąpać się w dobrze nagrzanej wodzie jeziora. Pozorant został wyciepany za burtę. Prób podjęcia zaburtowca było wiele. Maciek już zastanawiał się czy zdąży na autobus… Gdy się znalazł na pokładzie stwierdził, że to niesamowite uczucie jak łódź oddala się, potem wykonuje manewry, które dają nadzieję na ratunek. Szkoda, że szybko okazuje się, że g…. z tego będzie – łódź ponownie oddala się itd… Tym razem w końcu udało się – Maciejże już w drodze do domu – cześć jego pamięci… Dziękujemy za wspólne pływanie i zaangażowanie w szkolenie.

Do kei dopłynął również Goro. Bardzo serdecznie przywitał się z nami stwierdzając, że prawdopodobnie pójdzie siedzieć za prawdopodobne morderstwa jakich dopuści się na swoich załogantach (wybrał się popływać ze świeżonką i nie nadąża za wszystkimi komendami, które wydaje a później musi sam wykonać żeby przeżyć…). Było płynąć z Yetimorsami! Wieczorem przeparkowaliśmy nasze jednostki bezpieczniej w głąb portu. Coś zaczyna wisieć w powietrzu – w Giżycku ostrzegają przed nocną nawałnicą.

Wiadomość z ostatniej chwili. Załoga Maczetona przygotowywała obiadokolację. Sprawnie ugotowali makaron i wspominając jak to mamy robią chcieli odcedzić i chlup! Całość za burtą powoli opadła na dno. Makaron to może ryby zjom, ale garnki trzeba wyłowić, a może i makaron da się odratować?

O 19:00 jeszcze gała i zaczniemy myśleć o jutrzejszej trasie.

7.07.2012 r. Wilkasy – J. Boczne. Jakiś taki niemrawy dzień. Może przez wczorajsze sprawdzianowe emocje, albo mecze, które mieliśmy okazję podglądnąć – bo nie przypuszczam oby możliwość pokopania piłki wypompowała z załogantów energię. Dość powiedzieć, że rozruch – kopyto za kopytem, śniadanie na zwężonych przewodach pokarmowych i wypływ z wielkim opóźnieniem (dobrze po godzinie 11:00). Obieramy kierunek Kula (cholerna demokracja – wszyscy za – wbrew jednemu rozsądnemu głosowi – Głos zwracał uwagę na prognozę i możliwości szkoleniowe, ale gdzie tam – tłuszcza rządzi się swoimi prawami i jeszcze ma satysfakcję). Przekołysaliśmy się w stronę Bocznego przy temperaturze lejącej się ukropem z nieba gdzieś ok. 35 stopni, skutecznie przeczekując wcześniej wiejące wiatry. Na Bocznym – Głos nie wytrzymał i kategorycznie zażądał uzasadnienia biwaku na Kuli gdzie jeszcze trzeba przepłynąć pod mostem składając maszty. Trzeba nadmienić, że sygnalizacja ostrzegawcza migała z szybkością trudną do policzenia (błyski na minutę – ciekawe kto to wymyślił – wymaga wielkiego skupienia).

DSC_0214_resizeGłos narażając na szwank instytucję małżeństwa powiedział – DUPA! Wszyscy zwrot 180 stopni! Do pomostów na Bocznym! I zaczęło się – O! Głosie! Już nigdy nie wypłynę z tobą… a w ogóle to…, a w szczególe to… i jeszcze obiadu nie będzie! Dopiero przy wspólnym oglądaniu niebywałej burzy, która trwała do godziny 3:0 dnia jutrzejszego Głos otrzymał jakąś tam sałatkę… Załogi spokojnie przespały nawałnice.

8.07.2012 r. Boczne – Piękna Góra (czyli Wilkasy). Dzisiaj już lepiej z demokracją. Sternicy proszę podjąć decyzję gdzie płyniemy i o której pod warunkiem, że będzie to rejon Pięknej Góry i o 9:00. Muszę przyznać, że po wczorajszych doświadczeniach demokracja zaczyna i u nas lepiej funkcjonować. Postanowiłem zaszyć się w czytanie wywiadów z Prezesem PiS-u (może nam pomoże wiedza o dyktacie doświadczonego człowieka) bo mamy już dobrze opływaną ekipę i dałem nura do kokpitu. Na uszy słyszę jak najpierw kursanci poszli swoją drogą treningową, potem dwie ekipy rekreantów na końcu Przytul-Smędzipiórek (kobiety nawet młodocianego, pełnego energii zmienią). Nic z czytania – wsłuchałem się w konwersację, którą zasłyszałem  na pokładzie naszej jednostki:

– Aguś to płyniemy – ciepło zagadnął Jacuś

– Leon do silnika – trochę tak na pograniczu warknięcia słyszę głos żony.

– Nie proś go – damy radę.

Zachrobotało, jeszcze tylko upewnienie czy do tyłu to jest do tyłu a do przodu to w tym drugim kierunku –  i udało się uwolnić łódkę z cum. Tylko z dobroci serca nie opisuję wczorajszego urwania fału sterowego po wejściu na mieliznę – mieczem i sterem – więcej urządzeń pod stępką nie było.

– To co Aguś – stawiamy grocika.

– Tak Jacusiu – nie puszczaj tej niebieskiej linki bo się nam maszt wywróci!

– No to która jest od grocika?

– Ta biała co później będzie czerwona – ta po drugiej stronie łódki!

– Ta?

– Tak, tak, ta!

O! myślę z wykrzyknikiem. To trzeba przekazać ludzkości. Lektura precz, uszy na sztorc, długopis i nie zawiodłem się:

– No widzisz Aguś – znowu poradziliśmy sobie – zadowolony Jacuś do Aguś.

– A czy ster dobrze działa?DSC_0253_resize

– Nie wiem – Aguś do Jacuś

– Mnie to tak trochę zdziwiło, że on tak wpadł do wody od razu. – Jacuś do Aguś

– To może foczka – tylko nie plątaj tak tych linek bo później trzeba będzie szybko działać.

– No to co? Foczka? – Jacuś do Aguś.

– Tak tylko nie ciągnij tej linki tylko lewą – lewą to znaczy tą – Aguś do Jacuś.

– Tą? – Jacuś do Aguś.

– Nie – lewa to znaczy, że jest po lewej – Jacuś – ale dajesz czadu… – zawiń wokół kabestanu – tak tu tylko odwrotnie – a teraz siedź i lecimy na luzaka – siedź – nie tu tylko po tamtej stronie – albo nie…

– No widzisz Aguś – poradziliśmy sobie.

– A czy ster działa? – Jacuś do Aguś.

– Wydaje mi się, że działa – Aguś do Jacuś

Na co Aguś – to będziemy robić zwrocik.

– Dobra Jacuś – Aguś do Jacuś. – Jeszcze nie, jeszcze nie…

– No to kiedy?

Odpowiedziała cisza. Łódką zakołysało, wyrwało drzwi od sraczyka, rzeczy przeleciały z burty na burtę, wytrwałem na koi wczepiony pazurami w materac. Czekam aż nasza „Kołomyjka” złapie pion.

– O teraz! – Aguś do Jacuś.

– Widzisz Aguś znowu poradziliśmy sobie. Teraz to już prosto do Giżycka. Mamy dobry północny wiatr i w 5 minut będziemy w Marinie.

– No raczej mamy południowy – nieśmiało prostuje Aguś.

– Jak tak to możemy nawet do Węgorzewa płynąć – a wiesz, ja widziałem na pokładzie wielkiego krzyżaka i poprosiłem go o opuszczenie łódki.

– A ja się zastanawiam co ten przed nami robi?

– Który Aguś?

– No ten.

– A, ten. To on może nie ma miecza opuszczonego.DSC_0288_resize

– No dobrze, ale jak go mam minąć?

– O! widzisz poradziłaś sobie.

– No to co Aguś – teraz na motylka?

– Co?

– Czy wyciągnąć go bardziej? – Jacuś do Aguś.

– No, nie przeszkadzaj – Aguś do Jacuś – lepiej weź lornetkę i sprawdź czy Przytul dalej leci z praniem na burtach.

Przy parkowaniu w nowej Marinie w Giżycku wychodzę na pokład. Wita nas zaśpiew „Koko, koko, Euro spko”. Poradzili sobie.

Zakupy zrobione. Wyruszamy w kierunku kanału – telefon – dzwoni Maczton. Zaczęły się negocjacje – a, że mecze tenisa i siatkówki, że będą ćwiczyć niewyobrażalnie długo manewry do godziny co najmniej 17:00 – no i msza. Jako wielki zwolennik wędrówek kościelnych zdecydowanie zgadzam się tym bardziej, że na pokładzie siostra od wf-u. Ruszyliśmy ponownie do portu w Wilkasach. Na wieść o mszy w Wilkasach nawet Ci co mieli różne dolegliwości – ozdrowieli. Cuda Panie, cuda…

U nas na pokładzie również poruszenie.

– Idziemy Aguś na żaglach? – zapytał Jacuś.

– Jasne! Ochoczo zamyrdała ciałem Aguś.

– To poczekaj tylko podniosę silnik – zaproponował zapaleniec żeglarstwa.

– Którą wajchą się to robi? – z lewej, czy z prawej.

Żagielek większy już łopocze. Jacuś się szamocze uparcie poszukując wajchy i robi to tak, że nie wiedzieć kiedy, rogami wychlupał koło ratunkowe do jeziora Niegocin.

„Człowiek za burtą” – manewr niespodziewany.

– Nie będę robić rufy – melduje Aguś.

– Leon daj bosak! – krzyczy Jacuś.

– Nie dam, bo utopisz! – i bronię dostępu do urządzenia, które może nam się jeszcze kiedyś przydać.

W tym zamieszaniu Aguś jednak wykonała zwrot, Jacuś dokonał gimnastycznej sztuczki i zaczepił się o koło.

– Koło na pokładzie! – Poradziliśmy sobie.

Będzie o czym śnić podczas kolejnej nocy w zaciszu portu AZS w Wilkasach.

DSC_0262_resize11.07.2012 r. Mamerki – Półwysep Kal/Stręgiel. Przebudzenie bezrozruchowe ponieważ uczestnicy rejsu zostali nocą zerwani na nocne zajęcia – zwiedzanie bunkrów poniemieckich dowództwa wojsk lądowych. Przewodnikiem został Krokiet – znany miłośnik militariów. W duchy wcielili się sternicy pod wodzą Karola. Sądząc po stanie łódek – trasy jakie pokonywali nocą nie należały do suchych. Tak więc ranko  spędzono na solidnym czyszczeniu jednostek. Później – szary dzień jak co dzień – jedni w lewo drudzy w prawo. Maczeton przejął dowodzenie nad jednostkami kursantów i obrał kurs na Kalu, a reszta, pod dowództwem znanej wilczycy morskiej Agnieszki poszuwarowali do Ogonek. Opłynęliśmy Stręgiel w poszukiwaniu wspomnień. To tutaj Klub organizował pierwsze letnie obozy dwadzieścia lat temu. Mały Kaczor (Kasia) lat trzy – stojąc tak jak ją Pan Bóg stworzył na pomoście krzyczała – Tato! Tato! – ładne mam te żadne majtki… Teraz właśnie dostaliśmy informacje, że zakończyła edukację na Katowickiej AWF…

W Ogonkach duże zmiany ekologiczne – po prostu okropnie brudna woda (a za naszych czasów było to jedno z najczystszych jezior na Mazurach – „och jaka piękna jest ojczyzna nasza z lotu ptaka, aż chce się płakać, płakać się chce…”. Brzegi zarośnięte. W ostatniej chwili przed ostrą burzą udało nam się zaparkować na wyspie – przy wylęgarni komarów i ostro atakujących bąków – wsłuchani w bębnienie deszczu salwowaliśmy się ucieczką w sen. Jutro już ostatni dzień żeglowania. Kurs na port macierzysty.

12, 13.07.2012 r. Półwysep Kalu – Węgorzewo. To jest tak, że wszystkim nam się udzieliła napinka kursantów. Rekreanci skoro świt pomknęli ze Stręgla prosto na spotkanie z kursantami. Już przez lornetki obserwowaliśmy kolejny sprawdzian wewnętrzy jaki zorganizował im Marek – KWŻ. Grozi? – tak umówiliśmy się, że będzie udawał groźnego żeby ich jeszcze bardzie zmobilizować. Przy egzaminie ma być bardzo miła osoba płci żeńskiej, która dopiero poznamy. Marek egzaminuje inną grupę w Róży Wiatrów. Tak więc nie ma o czym pisać bo załoganci ćwiczą, ćwiczą i o niczym innym nie myślą… Z Węgorzewa słychać dźwięki metalowych garkotłuków – właśnie odbywa się na terenie mojej macierzystej jednostki kolejny festiwal kakofonii. Wreszcie obiekty jednostki znalazły właściwe wykorzystanie. Okropnie strasznie zaczęli stresować się sternicy szkolący kursantów. Włożyli kawał solidnej roboty co widać chociażby po wzroście zainteresowania żeglarstwem u wszystkich obozowiczów. Piszę to 13 w piątek o godz. 6:00 a już parę jednostek pływa w ramach ostatniego dokształtu. O 10:00 zaczynają egzamin…