Stanisław Olkiewicz

prezes honorowy

Stanisław Olkiewicz (1951–2011) – wspomnienie

„…Aż nastąpił taki rok, smutny rok, tak widać trzeba
Nie przyszedł Bieda zieloną wiosną, miejsce, gdzie siadał, zielskiem zarosło
I choć niejeden wytężał wzrok, choć lato pustym gościńcem przeszło
Z rudymi liśćmi jesienną schedą, wiatrem niesiony popłynął w przeszłość
Majster Bieda…”W maju, w dniu swoich imienin i niecały miesiąc przed sześćdziesiątymi urodzinami, odszedł od nas Stanisław Olkiewicz „Staszek”, można rzec, że odszedł najukochańszy tata wielu pokoleń krakowskich narciarzy. Nauczyciel akademicki w Katedrze Mineralogii, Petrografii i Geochemii Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska AGH – narciarz dobrze znany kilku pokoleniom entuzjastów „białego szaleństwa” na akademii. Człowiek, który całym sercem poświęcał się drugiej osobie, nie biorąc nigdy nic w zamian. Zawsze był na miejscu, gdy był potrzebny lubił oddawać się innym. Swoim skromnym uśmiechem potrafił rozgrzać najbardziej zatwardziałe serca. Choć samotny, zawsze otoczony grupką ludzi, najszczęśliwszy zawsze wśród dzieci, z którymi potrafił znaleźć wspólny język, bez względu na ich wiek.Odszedł zdecydowanie za wcześnie. Chcieliśmy jeszcze przez wiele lat spotykać się z Nim na korytarzach AGH i na stokach narciarskich. Teraz będzie nam tych spotkań brakowało.Staszek w swoim laboratorium w piwnicach budynku A-0 na spektrometrze podczerwieni wykonywał analizy fazowe minerałów i określał ich zawartość w wodach z różnych źródeł. Uczył studentów chemii. Pracował tu od przeszło trzydziestu lat poświęcając uczelni wiele czasu i energii. Ale dla Staszka równie ważne, a może ważniejsze było Jego drugie powołanie. Uczył kolejne pokolenia młodzieży miłości do nart i pokazywał czym może być prawdziwe narciarstwo. Dla Staszka najważniejsze było dzielenie się radością ze wspólnego „nartowania” i gromadzenie wokół siebie młodych narciarzy którzy stawali się przyjaciółmi na całe życie. Nie tak ważne były wyniki sportowe lub wyjazdy w tak zwane atrakcyjne miejsca. Ważniejsze był wspólny wysiłek i zaangażowanie w przygotowanie wyjazdu, spotkania na stoku, radość z bycia w górach, zabawa na śniegu, doskonalenie techniki, wieczorne granie i śpiewanie, budowanie zaufania i przyjaźni. Tak działał zawsze.

Zaczynał w harcerstwie na Zwierzyńcu w XV Krakowskiej Drużynie Harcerzy, później w AZS-UJ, w Studenckim Klubie Narciarskim „Firn” – AGH, w Międzyszkolnym Klubie Narciarskim Kraków Krowodrza i w Klubie Narciarskim „Yeti”. Dla wielu był nauczycielem nart i mistrzem. Dla wszystkich niezapomnianym towarzyszem wspólnych chwil na stokach, w schroniskach i przy ogniskach. Pamiętamy wspólne zjazdy ze Staszkiem i te po wytyczonych trasach i po dziewiczych stokach w głębokim śniegu. Przyjeżdżał bardzo często na Mistrzostwa AGH w narciarstwie alpejskim. W swojej grupie wiekowej wielokrotnie zdobywał tytuły mistrzowskie. Opowiadał o nartach, dzielił się swoimi sportowymi doświadczeniami, wieczorami gawędził. Grał na gitarze, na flecie, śpiewał. Może to nie był profesjonalny śpiew ale tak jak charakterystyczna i klasycznie nienaganna sylwetka Staszka jadącego na nartach – niezapomniany.

Czas studenckiego Klubu narciarskiego „Firn” – AGH pamiętam tylko z jego opowieści, wspaniały czas młodości, rywalizacji i niekończących się i niezapomnianych przygód oraz przede wszystkim czas przyjaźni na całe życie.

To tam się wszystko zaczęło. Tam pasja do nart nabrała rumieńców. Staszek realizował się jako zawodnik, ale również jako wspaniały przyjaciel, kompan i dusza towarzystwa. Potrafił prowadzić niekończące się rozmowy na tematy różne, począwszy od muzyki, a skończywszy na zadziwianiu rozmówców swoją ogromną wiedzą naukową, ciekawostkami z pierwszych stron gazet. Potrafił w sposób najprostszy i najbardziej zrozumiały wytłumaczyć rzeczy, które wcześniej wydawały się nie do zrozumienia. Pamiętam jak na jednej z wycieczek na pytanie co to jest błoto, po którym akurat szliśmy (mieliśmy po 8–12 lat), Staś szybciutko wygłosił ciekawy wykład na temat składu błota, jego genezy jak również jego wzorów chemicznych. Chociaż było to ponad 20 lat temu, pamiętam do dziś. Może nawet bardziej niż twierdzenia wyuczone ze szkoły.

Tuż po „Firnie”, w Międzyszkolnym Klubie Narciarskim, MKS Kraków Krowodrza Stasiu szkolił przez wiele lat szeregi wspaniałych młodych narciarzy. Należy wspomnieć, że w tamtych czasach, był to jedyny klub narciarski w Krakowie, którego zawodnicy osiągali bardzo dobre wyniki na arenie ogólnopolskiej, zbierając zarówno FIS jak i POL-punkty. Najważniejsze i najbardziej unikatowe w Stasiu było to, że poza tym, że był świetnym dydaktykiem, był fantastycznym psychologiem. Potrafił stworzyć na wyjeździe niezapomnianą atmosferę, a przyjaźnie z czasów MKS-u trwają do dziś. Miał pasję, którą potrafił zarazić, zarażał nowe pokolenia miłością do gór, do przygody, do sportu. Swoją postawą uczył szacunku do nauki. Wychował kilka pokoleń instruktorów narciarskich. Miał niesamowita charyzmę. Po kilu latach spędzonych w MKS-ie Stasiu zapragnął stworzyć własny klub. Dzięki współpracy z przyjaciółmi z „Firnu”, udało się Stasiowi stworzyć klub Yeti, który jak zawsze wspominał, był jego własnym i wyczekanym „dzieckiem”. Był spełniony, choć stale szukał czegoś nowego, nowych dzieci, nowych znajomości. Miał niesamowitą łatwość nawiązywania kontaktów i zawierania przyjaźni na całe życie. Trafiał zawsze na ludzi oddanych i podobnych do niego. Ludzi z pasją. Szukając miejsc na obozy zimowe i letnie, zazwyczaj wracał i opowiadał o niesamowitych przygodach i zbiegach okoliczności na jakie natrafił. Wszyscy, którzy znali Stacha, znali tez jego słynne skróty, które wbrew nazwie, wcale skrótami nie były, ale za to zawsze było co wspominać. Niezapomniane wyprawy na grzyby, zwłaszcza na rydze :), jego niczym niepohamowane dążenie do odkrywania czegoś nowego.

Był wesoły, mimo, że właściwie cały czas cierpiał. Charakterystyczna pokurczona postawa, zniekształcone kolana i nadgarstki. Dokuczała mu choroba stawów z którą ciężko było walczyć. Stasiu znany był ze swoich medycznych eksperymentów, nigdy się nie poddawał. Jak zawiodły homeokulki, pomogły szpilki, gdy szpilki zawiodły, pszczoły. Eksperymentował do samego końca i do końca wierzył, że wygra. Pamiętam jak zadzwonił i powiedział: Moniu mam raka, ale nie becz przecież znasz mnie, wiesz, ze nie zamierzam się poddać! Gdy wszyscy już stracili wiarę, on nadal ją miał. Tłumy młodzieży, wychowanków Stasia przy jego łóżku, niekończące się śmiechy, rozmowy. Pamiętam jak opiekująca się nim pani Gienia w końcu ustaliła godziny, kiedy Stasiu miał posiłki i prosiła, żeby mu nie przeszkadzać. Zdarzało się jednak, że i posiłki Stasiu jadł w towarzystwie. To dodawało mu sił, nie myślał wtedy o cierpieniu, nie dawał w ogóle po sobie poznać, że jest chory. Kilka dni przed śmiercią, jak musiałam wyjechać, Stasiu powiedział: ale my się nie żegnamy, ja się nigdzie nie wybieram. Do zobaczenia.

Zawsze uśmiechnięty i spokojny, zawsze potrafił pocieszyć i powiedzieć dobre słowo. Takiego go zapamiętajmy. Do zobaczenia Stasiu.

Pozdrawiamy Cię Staszku. W naszej dobrej pamięci będziesz zawsze i w czasie narciarskich zjazdów, górskich wycieczek i w czasie wędrówek po korytarzach AGH.

Adam Bunsch
Monika Mularz-Pussak
Ryszard Nowak